sobota, 15 lipca 2017

"Macierewicz i jego tajemnice" Tomasz Piątek - sześć kontaktów (nr 12 #ReadList2017)

Mocna rzecz. Naprawdę. Wysiłek i pokłady cierpliwości jakie włożyłem w lekturę przyrównałbym do przeczytania Ulissesa (tak wiem, że dla wielu to arcydzieło literackie ...).

Książka Piątka wykupywana z księgarń (rzekomo, szacunek 100 tys. egzemplarzy, co na środowisko antyPiSowskie wcale nie jest wielkim sukcesem) na pniu. pada nawet hasło bestseller. Nieznane wydawnictwo, miód na serce części społeczeństwa: Tomasz Piątek z przeciętnego dziennikarza (nie wolnego od problemów osobistych) staje się autorytetem, a dla wielu nawet bohaterem.
Książka która w nadziei wielu, jak już szereg innych czynników w przeszłości, ma zatopić PIS, a nade wszystko najbardziej znienawidzonego ministra obecnego rządu.



Uwaga zdradzam w tym momencie najważniejszą tajemnicę Pana Piątka: nie zatopi, co najwyżej ośmieszy po raz kolejny środowisko opozycji totalnej. A może nawet wzmocni obóz Jarosława Kaczyńskiego, bo Pan Piątek w swojej zapalczywości dochodzi do wniosku o istnieniu układu i czerwonej pajęczyny, który był podstawą programową marszu PISu do obecnej pozycji politycznej. To zapewne pierwszy tak kompleksowy materiał ze środowiska Gazety Wyborczej wykazujący jasno, jak korupcjogennym opartym na układach, kolesiostwie systemem była 3 RP.


Niestety czytelnik (oczywiście ten, który posiada zdolność logicznego myślenia, nie obarczonego polska wojną dwóch obozów), który przebrnie przez książkę Piątka powinien mieć uzasadnione pretensje do autora o mylący tytuł. O samym Macierewiczu w tej pozycji jest tyle co kot napłakał. To już więcej zarzutów jest do niejakiego Donalda Trumpa. Piątek wyważa otwarte drzwi o wpływie dawnych esbeków na polską gospodarkę oraz wszechobecnych symptomach ingerencji rosyjskich służb i tamtejszej mafii na polskie życie polityczne. Brzmi jak tezy z programu polskiej prawicy od kilkunastu lat? No właśnie.


Pierwsze co pomyślałem słysząc o tej pozycji książkowej, że opozycja (totalna) ma swojego Sumlińskiego. Szybko się okazało jednak, że Piątka to nawet nie idzie postawić na półce obok Sumlińskiego, także ze względu na poziom "literacki", a i poziom zarzutów wobec Macierewicza nijak się ma do Bronisława Komorowskiego (kultowe "Niebezpieczne związki").

Teoria sześciu stopni

Jeżeli ktoś oczekiwał, że w końcu znaleziono haki na znienawidzonego przez opozycję ministra to nawet nie musi czytać książki żeby się rozczarować. Wystarczy już diagram wstawiony na samym jej początku (skądinąd niełatwy do rozłożenia). Sznurki wiodą od polskiego ministra do samego Putina. Lektura przypisów skąd się dane połączenie bierze to istny kabaret: a to się dwie osoby dwa razy spotkały, a to miały wspólnego oficera prowadzącego, a to coś innego, typu ... uwaga proszę nie przełykać, bo się można zadławić .... "wspólne sąsiedztwo"! Na tej zasadzie to każdy ma związki z Donaldem Trumpem, Papieżem Franciszkiem, a może nawet Fidelem Castrol (ja na ten przykład znam faceta, którego Fidel częstował cygarami). Jeżeli ktoś chciałby napisać książkę o powiązaniach z Putinem - przykład pierwszy z brzegu .... Donalda Tuska - to wystarczyłoby narysować solidne ... molo.

Grafomania

Nie przejąłem się faktem, że nic wstrząsającego o Macierewiczu się nie dowiem, postanowiłem przeczytać całość mając nadzieję na tzw. "doznania literacki". W końcu Sumlińskiego czytało się jak znakomity kryminał (wiadomo, że facet się trochę wspomagał ...., ale cóż kradzione smakuje równie dobrze). Może Piątek nie kradł, ale do pisania się nie nadaje. Jego książkę czyta się jak Wikipedię, albo wynik wyszukiwania w przeglądarce internetowej. Z tą różnicą, że u Piątka mało ciekawostek. Za to dużo absurdalnych wniosków, tak absurdalnych że pusty śmiech człowieka bierze.
Ale żeby jakiś pożytek był z tych straconych godzin na książkę Piątka to poniżej trochę (takie trochę większe "trochę") o niej popiszę, zapewniając nieskromnie, że moja recenzja jest znacznie lepsza, zarówno pod względem merytorycznym jak i pisarskim od bełkotu byłego dziennikarza Gazety Wyborczej. Ale przebić Pana Piątka to zadanie dziecinne.
W sumie jest wiele ciekawych postaci w polskim życiu politycznym, przy których idąc tokiem rozumowania Piątka, można by napisać książki wprost fascynujące.

Trump i Putin

Zaczyna się od rewelacji o mafijnym współpracowniku Putina, mającym ukraińskie pochodzeniu mafiozie. Najbardziej to się dostaje na tym początku Prezydentowi USA (dzięki którego wygraliśmy skrzynkę wódki, a który dodatkowo akurat w trakcie mojej lektury zawitał do Warszawy - więc mnie osobiście te pomówienia ubodły ...), który jak wiadomo powiązania z Rosją ma bezpośrednie, a poza tym działa na szkodę Polski, a nade wszystko mitycznej 3 RP poprzez chytry plan "rozpiżdżenia" Unii Europejskiej. Zdemaskowanie samego Prezydenta USA to pierwszy wielki sukces Piątka. Notabene poświęciłbym wygraną skrzynkę wódki, żeby Trump na taki pomysł wpadł (z tą UE) i go zrealizował - może być przy wydatnej pomocy Orbana i Kaczyńskiego.
Ale wróćmy do Macierewicza, który pojawia się już na początku kolejnego rozdziału, również rozpoczynającego się od rozkładanego (jak w Playboyu) diagramu ze wzajemnymi powiązaniami. Tym razem odnośnie związków polityki i biznesu w Polsce.
Z diagramu tego może się na wstępnie dowiedzieć, że ministrowie tego samego rządu są ze sobą powiązani. Na przykład taki Naimski zna Macierewicza!!!! Dobrze, że Piątek nie doszedł do materiałów wskazujących, że Macierewicza zna również Premier Szydło, Prezydent Duda (Adrian ze słynnego serialu satyrycznego) oraz o zgrozo!!! sam Naczelnik Państwa Polskiego Jarosław Kaczyński.

Krajowy Rejestr Sądowy

Będzie trochę szacunku do Pana Piątka w tej mojej pisaninie. Bo postęp intelektualny i włożony wysiłek w trakcie pisania tej pozycji, jak na dziennikarza obozu sympatyzującego z III RP, jest kosmiczny. Zaczyna się już na początku pierwszego rozdziału od odkrycia przez Piątka istnienia czegoś takiego jak powszechny dostęp do wiedzy o spółkach prawa handlowego w Polsce. Tak, KRS to nie tylko zamach PISu na niezależne sądownictwo.
Piątek szybko ogarnął prawne zawiłości i znalazł w bezpłatnym serwisie umożliwiającym przeglądanie danych ze statutów spółek informacje szokujące. Otóż Antoni Macierewicz od lat jest w radzie nadzorczej spółki, której prezesem jest niejaki Robert Luśnia, który wyrasta na głównego bohatera tej wstrząsającej historii opowiadanej przez Piątka.

TW Nonparel

Luśnia zrobił karierę biznesową. Mam wrażenie, że Piątek trochę zazdrości niepozornemu chłopakowi z biednej warszawskiej Pragi tak oszałamiającej kariery. Ale szybko znajduje genezę sukcesu Luśni. Otóż w latach 80-tych był on konfidentem UB i donosił (w bardzo szkodliwy sposób, nie tak jak np. Bolek z Gdańska - bohater i autorytet 3RP, który oczywiście nikomu nie zaszkodził, a że kogoś tam z pracy wyrzucili to z pewnością nie jest winą donosów agenta,  który przechytrzył SB) na swoich kumpli z opozycji. Co więcej Nonparel brał kasę z SB, a nie jak to mają w zwyczaju konfidenci wygrywać w Totka. Pewnie już te pieniądze ułatwiły mu start w biznesie. Tego wniosku co prawda nie ma w książce, ale może jednak tak było, że byli konfidenci mieli z różnych powodów ułatwione kariery biznesowe w okresie tak wspieranym przez środowisko Gazety Wyborczej. Byłoby to epokowe odkrycie. Dla tego środowiska rzecz jasna.
Co prawda na razie dotyczy to jedynie postaci w jakiś sposób powiązanych z PIS (sędzia Kryże, czy też pogromca Trybunału Stanisław Piotrowicz), ale może w przyszłości i to środowisko przejrzy na oczy, że byli eSBecy i ich współpracownicy zamiast siedzieć w kiciu albo wisieć zamiast liści, a przynajmniej siedzieć na głodowych emeryturach - robili w wolnej Polsce zawrotne kariery finansowe. Jakby taki Macierewicz miał związki, a przynajmniej "bliskie sąsiedztwo" na ten przykład z Leszkiem Czarneckim to sam mógłbym się znaleźć w diagramach Piątka. Na szczęście TW Ernest wybrał lepszą stronę barykady i na śledztwo dziennikarskie Piątka chwilowo liczyć nie może.

Głos

I cóż takiego doprowadziło Piątka do Luśni? Antoni Macierewicz zasiada w radzie nadzorczej fundacji, której prezesem jest Nonparel. Co prawda Fundacja chyba nic nie robi, ale od lat taki układ istnieje i nie ma tutaj znaczenia, że na początku Macierewicz mógł zwyczajnie nie wiedzieć o agenturalnej przeszłości swojego kumpla z biznesu.
Piątek co prawda zdaje się nie rozumieć charakteru organu, jakim jest rada nadzorcza utożsamiając ich członków z władzami fundacji, ale nie wymagajmy od naszego dziennikarza śledczego za wiele. Lepiej pochwalić go za to, że nawet doszedł dlaczego Antoni w tej radzie zasiadł. Otóż swego czasu był on redaktorem naczelnym pisma "Głos", którego wewnętrzne regulacje wymagały zasiadania w Fundacji. Ot cała tajemnica. Ale nie przeszkadza to Piątkowi ciągnąc tego wątku i szukać innych powiązań. Ileż to wymaga dodatkowego wysiłku: w IPN Pan Tomek ma pod górkę - musi ręcznie przepisywać akta, a w Bibliotece Narodowej tygodniami siedzieć i czytać archiwalne egzemplarze Głosu szukając reklam pewnej spółki. Herbapolu Lublin.

Herbapol Lublin

Ta lubelska spółka to maszynka do robienia pieniędzy przez Luśnię. Co prawda Piątek na początku sugeruje, że sukces tej spółki to zasługa zarządzających, którzy zabronili Luśni się wtrącać w rozwój spółki, ale kilka stron dalej sam sobie przeczy. Otóż nasz dziennikarz dociera do dokumentu potwierdzającego dokonywanie przez Luśnię przelewów bez wiedzy innych członków zarządu na rzecz czasopisma Głos w zamian za usługi marketingowe. Piątek szuka śladów reklam żeby zorientować się za co Luśnia płacił Macierewiczowi (takie płynne przejście od gazety do jej naczelnego jest normalne w przypadku Piątka i szkoda czasu na wytykanie mu takich absurdów). Bo oczywiście redaktor naczelny musiał wiedzieć o tym finansowaniu i zapewne oferował coś, nielegalnego rzecz jasna, w zamian. Reklam w każdym razie nie ma, więc przewał jest już czarno na białym. Macierewicz brał coś w rodzaju łapówki więc tylko czekać aż odpowiednie służby dokonają bladym świtem błyskotliwego aresztowania znienawidzonego ministra.

Starak

W swoim poszukiwaniu Piątek dochodzi do naprawdę grubej ryby, najgrubszej w polskiej branży farmaceutycznej. Ślad do Jerzego Staraka prowadzi dzięki transakcji sprzedaży Herbapolu. Starak kupował co się ruszało w tej branży i jest uznawany za najważniejszego gracza. Traf chce, że Starak również współpracował ze służbą bezpieczeństwa. Czyli kolejny przypadek wielkiej kariery biznesowej III RP człowieka związanego, przypadkiem oczywiście, ze służbami. Piątek ciągnąć cieniutką nić od Antoniego Macierewicza dochodzi do czerwonej pajęczyny. Tej samej, której istnienie wielokrotnie obśmiewano, a której istnienie otworzyło autostradę do władzy środowisku Jarosława Kaczyńskiego (i Macierewicza). Idąc tym śladem rządu PIS nie obalicie Towarzyszu Piątek!!!
Pal sześć gdyby interesy eSBeków mieściły się w granicach prawa i ogólnie przyjętych zasad biznesowych. Tak jednak nie było: decydowały znajomości, szukanie luk prawnych i podejrzane podatkowo transakcje. Tak jak właśnie deal Luśnia-Starak. To miło, że środowisko totalnej opozycji przy okazji książki Piątka dowie się trochę prawdy o układach w trakcie rządów, o których powrocie najwyraźniej wciąż marzą. Szkoda, że tej diagnozy, jak sam Piątek, raczej nie zrozumieją.

Mafia rusko-włoska

Wiem, że czytelnicy zainteresowani ciemnymi sprawkami Macierewicza mogą koło 40 strony być coraz bardziej zirytowani, ale Piątek wyrusza ... za Wielką Wodę. Stamtąd przybył do Polski w okresie przełomu niejaki Bogatin, rosyjski Żyd, emigrant z ZSRR, oszust podatkowy w USA.
Akurat w okresie ministrowania Leszka Balcerowicza, guru opozycji totalnej, Pan Bogatin zrobił jeden z większych przewałów na polskim rynku finansowym: bez większych problemów za pieniądze banku państwowego stworzył sobie w Lublinie bank prywatny. Oczywiście z wydatną pomocą osób związanych ze służbami.
Piątek nie poprzestaje na polskich śladach i wyrusza do Stanów gdzie analizuje nawet układ pomiędzy bandytami przybyłymi z ZSRR, a mafią włoską. Nawet jest kilka ciekawostek, typu człowiek który nosi w sobie 14 (czternaście!!!) pocisków przez co ma problem na bramkach lotniskowych. Wszystko fajnie, tylko od Antoniego oddalamy się niebezpiecznie daleko. Pojawia się co prawda ukraiński kolega Putina, czyli jaskółka nadziei dla czytelnika.

Niezgoda

Piątek wraca do Polski. Ileż można abstrahować od głównego winowajcy wszelkich nieprawidłowości w Polsce, który wspólnie z Kaczyńskimi tak wspierał III RP, że ją rozpieprzyli. Macierewicz przez kilka miesięcy (niecałe pół roku) był jednak w rządzie Olszewskiego, a później PIS miał też półtoraroczny epizod z władzą. Więc może odkryte przez Piątka przewały i szemrane interesy, jakie odkrył były winą tych kilku miesięcy, bo trudno obciążać za nie osoby, za którymi środowisko Gazety Wyborczej ręczy swoimi karierami.
Był w Lublinie pracownik UOP krystaliczny, niestety już nieżyjący Zbigniew Niezgoda. Są osoby, które wiedzą kto przeszkadzał mu w tropieniu lubelskich machlojek Luśni, Bogatynia i każdego innego współpracownika SB, od którego jakaś cienka nitka prowadzi do Antoniego.
Trop Piątka wiedzie do krótkiego okresu, gdy Macierewicz i Naimski nadzorowali służby. Wówczas podobno sprawa Luśni została w Lublinie zamieciona pod dywan. Dowodem na to mają być dwa awanse oraz wypowiedź jednej osoby znającej Niezgodę. To wystarcza do postawienia tezy, że Macierewicz wiedział o przeszłości Luśni i podczas swojego ministrowania skupił się na zamieceniu jej pod dywan. Piątek każe uwierzyć czytelnikowi, że działania Macierewicza i Naimskiego przez te niecałe pół roku były na tyle skuteczne, że sprawa agentury Luśni wypłynęła dopiero 10 lat później. Zajedli antyPISowsy może to łykną, ale dowodów na te działania nie znajduje Piątek żadnych. Ratuje się pod koniec rozdziału argumentem, że miano Gazecie Wyborczej za takie pomówienia wytoczyć proces, a że nie wytoczono to znaczy że coś jest na rzeczy. Mogę Panu powiedzieć co jest na rzeczy: a no to że nie ma Pan najmniejszego śladu na ingerencję Macierewicza w pracę Niezgody i nie ma nawet z czym polemizować.
I tak kończy się pierwsza część elaboratu Piątka, która dowiodła jedynie tego, że Trzecia RP była systemem chorym, skorumpowanym i przeżartym korupcją,  układami, w którym najlepiej poruszali się ludzie powiązani z komunistycznymi służbami. A sam Macierewicz i jego środowisko polityczne miało 100% racji w swojej diagnozie, czym utorowało sobie drogę do władzy. A czy ludzie związani z PIS maczali palce w przewałach lat 90-tych?Myślę, że niektórzy tak. Ale akurat na Macierewicza Piątek nie znalazł nic. Oj, jak mi przykro ...

Czy to była przyjaźń, czy to już ....

Poszedłem za ciosem i zacząłem drugą część rewelacji Piątka. Może w końcu coś na Antka się znajdzie. Domyślacie już drodzy czytelnicy tej "recenzji", że raczej nie, ale bądźcie dobrej myśli ...
Rozpoczynamy przede wszystkim od braku kolejnego diagramu, a w tekście grillowanie Luśni. Jego znajomość z Macierewiczem jest oczywista, sam Minister się jej nie wypiera. Utrzymuje jednak, że nie wiedział o agenturalnej przeszłości, a jak się dowiedział zerwał z nim wszystkie kontakty. Dla Piątka i jego środowiska jest to oczywiście nie do ogarnięcia: w końcu w przypadku Lecha Wałęsy gdy nie było dowodów na jego eSBecką przeszłość środowiska Gazety Wyborczej mocno "jechało" (słynne cytaty z Michnika), ale jak już dowody się pojawiły (książka Cenckiewicza i Gontarczyka + szafa Kiszczaka) to uznali go za autorytet pierwszej wody. Postawa Macierewicza jest więc dla takich ludzi absurdalna.
Nie znalazł Piątek dowodów, że Macierewicz wcześniej wiedział o przeszłości Luśni (chociaż myśli, że znalazł), szuka więc dość rozpaczliwie dowodu na kłamstwo o zerwaniu kontaktów.
Zaczyna od tematu wyrzucenia Luśni z partii znajdując ślad, że jednak tego nie zrobiono. Pewnie to prawda,  tyle że trudno oczekiwać od Macierewicza pilnowania  spraw proceduralnych. Luśnia zniknął z polityki (wcześniej był posłem) i to jest fakt.
Druga sprawa to kontakty towarzyskie Macierewicza z Luśnia. Otóż Piątek znajduje znakomity ślad, gościa który Luśni nienawidzi, bo w stanie wojennym doniósł na zespół drukarski, który stracił drogocenny sprzęt (żeby tylko takie były efekty współpracy z eSBecją). Ten świadek widział jak na pogrzebie Macierewicz spotkał się z Luśnią i nawet podał mu rękę. Trzeba przyznać, że ten fragment książki jest żenujący, nawet jeżeli do tego spotkania doszło. Są miejsca i sytuacje, w których wzajemne animozje i polityka powinny schodzić na drugi plan. Ale czego oczekiwać od środowiska, które posuwa się nawet do blokowania dojazdu na grób brata. Jak ktoś nie wierzy, że Piątek posuwa się tak daleko to całość TUTAJ.
Czyli podsumujmy ten wątek: Macierewicz skłamał o zerwaniu stosunków z Luśnią po odkryciu jego agenturalnej przeszłości bo:
1. nie wyrzucił go z partii
2. podał mu rękę na pogrzebie
Piątek przez całą książkę będzie już utrzymywał, że udowodnił bliskie i zażyłe związki z Luśnią: Macierewicz zawczasu ukrył agenturalną przeszłość, a po wyjściu prawdy na jaw  dalej go wspierał. HOWGH.

Józef Nadworski

Dzięki aferze Crisa Cieszewskiego (to ten gość od brzozy współpracujący ze smoleńską komisją Macierewicza) Piątek znajduje nowego świadka. Czeka go jednak rozczarowanie. Józef Nadworski oficer prowadzący Luśni, a rzekomo również Cieszewskiego jest byłym eSBekim w mocnej depresji - pewnie również z kłopotami finansowymi po nieludzkiej decyzji o zabraniu apanaży. Piątek liczy na wiele, gdy udaje mu się dostać na audiencję. Niestety Nadworski głównie nadaje na Adama Michnika. Macierewicza owszem pamięta, ale głównie z tego że pierdział i bekał na przesłuchaniach żeby okazać lekceważenie. Ten fakt z przeszłości na tyle dyskredytuje obecnego Ministra MON, że dymisja, a może nawet Trybunał Stanu wydaje się oczywistością ....

Skąd my to znamy?

Piątek zadowolony z udowodnienia powiązań Macierewicza z najprawdopodobniej najgroźniejszym agentem SB w Europie Wschodniej idzie w kierunku udowodnienia skali upodlenia Luśni. Był niezwykle  groźnym współpracownikiem, szkodził kolegom opozycjonistom, a po przełomie mataczył, kłamał, oszukiwał (oczywiście trochę mu w tym pomogły niecne uczynki Naimskiego i Macierewicza). W zasadzie byłby to fragment książki zupełnie zbyteczne, gdyby nie pewne podobieństwo do innego agenta SB, który do dziś wypiera się swojej przeszłości, a miał jako Prezydent RP większe możliwości mataczenia. Po raz kolejny Piątek sra w swoje gniazdo. Tak, 3 RP umożliwiała przez postawę środowiska Adama Michnika ukrywanie agenturalnej przeszłości. I do dziś są tacy, jak Lech Wałęsa którzy się w żywe oczy wypierają, i tacy jak cała opozycja totalna, którzy usprawiedliwiają i bagatelizują wyrządzanie poprzez donosy innym, najczęściej szlachetnym ludziom, krzywdy.


Andrzej Lew-Mirski

Jak bardzo Piątek musi być bezradny niech świadczy fakt, że kolejnym jego świadkiem koronnym staje się bliski współpracownik Antoniego Macierewicza. Otóż Mirski bronił w procesie lustracyjnym Luśnię. Trudno wymagać od Piątka znajomości taktyk adwokackich, ale łyknięcie tej linii obrony jest kuriozalne. Otóż Mirski  twierdził, że Luśnia był lustrowany w 1992 roku (przez Macierewicza rzecz jasna) i to że nic wówczas nie znaleziono to dowód na jego niewinność. Problem w tym, że Piątek śladu po tym procesie lustracyjnym nie znajduje (pewnie Mirski też zdawał sobie sprawę z miałkości tej linii obrony, ale innej zwyczajnie nie miał), co więcej sam Piątek dochodzi do słusznego wniosku, że uchwała sejmu o lustracji Luśni wówczas nie obejmowała.
Oczywiście Piątek nie omieszkał wspomnieć jak źle ta uchwała została wykonana, ilu to niewinnych ludzi na liście Macierewicza się znalazło, co jak wiadomo dla wszystkich interesujących się obaleniem rządu Olszewskiego jest wierutnym kłamstwem.Tak, Panie Piątek, gdyby pozwolono Macierewiczu lustrować nie byłoby w wolnej Polsce przekrętów na miarę Staraka, Luśni i wielu, ale to naprawdę wielu innych. Mielibyśmy dziś inną Polskę, a Gazeta Wyborcza byłaby najpopularniejszym periodykiem w ... zakładach karnych.


Piotr Ogiński

Jeżeli ktoś powinien z miejsca wytoczyć proces o zniesławienie, to bardziej dawny działacz opozycji Piotr Ogiński, którego dziennikarz oczernia zupełnie bez dowodów. Jedynie na podstawie krótkiej wypowiedzi, w której Ogiński bronił Luśni jako dawnego przyjaciela z opozycji. To ma być przesłanka, że Ogiński też w tej działalności opozycyjnej coś zachachmęcił - jakieś tam materiały drukarskie zginęły ....
Piątek jest oczywiście mocno rozczarowany, że Ogiński nie chciał z nim rozmawiać (nie dziwię się Panu Piotrowi) i szuka intratnej posady, jakiej Ogińskiemu załatwiła nowa władza, a konkretnie Piotr Naimski. Doszukuje się jedynie związków z TVP, ale i tak Piątek wydaje się dumny z tego odkrycia.
 

Adam Taracha

Kolejnym rozczarowaniem Piątka jest były wiceszef UOP. To jego awans w okresie rządu Jana Olszewskiego jest dla Piątka jedynym "dowodem" na akcję ukrycia kwitów na Luśnię. Niestety Tarach nie chce się spotkać i potwierdzić toku rozumowania dziennikarza. Jedyne co można więc znaleźć na Tarachę to jego powiązania z obecną władzą. Na szczęście Taracha jest w radzie nadzorczej PERN (spółka z obszaru Naimskiego), co prawda tylko szeregowym członkiem - więc coś się udało znaleźć .... To pewnie koronny dowód, że Macierewicz z Naimskim zatuszowali w 1992 roku agenturalną przeszłość Luśni i teraz odpłacają się funkcjonariuszowi, który pomógł im przeprowadzić ten niecny postępek.

As z rękasa

Pod koniec rozdziału o Luśni Piątek próbuje wyciągnąć jeszcze jeden atut. Ale Konrad Rękas jest co najwyżej blotką. Owszem związany zarówno z rosyjskimi wpływami, jak i z szeroko rozumianą polską polityką (głównie jednak z Samoobroną). Macierewicz akurat w tym przypadku nawet odpowiedział sumiennemu dziennikarzowi, że cała znajomość z Rękasem to jeden uścisk ręki, ale Piątek aż tak naiwny nie jest ... W końcu Rękas pisze artykuły broniącego ministra (TUTAJ) - więc musi ich łączyć coś więcej niż jeden uścisk ręki.

Góra urodziła mysz

Kończy się rozdział o agenturalnej przeszłości Luśni. Piątek zamiast spuścić zasłonę milczenia na zakres wiedzy, którą zgromadził, to jeszcze przygotowuje podsumowanie: na jedną stronę, w którym są wszystkiego dwa akapity na Macierewicza. Zawierające dodatkowo stwierdzenia zupełnie nie poparte zebranym materiałem dowodowym. Piątek bardzo chciał w tym rozdziale udowodnić, że ekipa Macierewicza mieszała palce w zatuszowaniu agenturalnej przeszłości Luśni, ale mimo swojej tytanicznej pracy: góra urodziła mysz.

Strategia PIS

Bardzo zasadne pytanie, jakie może się pojawić podczas lektury książki Piątka, to takie, że jeżeli clue zarzutów wobec Macierewicza sprowadza się do jego członkostwa w jakiejś radzie nadzorczej (w dodatku nic nie znaczącej i zapewne nie prowadzącej obecnie działalności) to dlaczego z niej po prostu nie zrezygnuje. Osobiście postrzegam to trochę jak aferę Misiewicza. Grillowane było miesiącami, a facet zniknął nagle wytrącając argument mediom sprzyjającym opozycji. Czasami można odnieść wrażenie, że to celowe działanie PISu kierunkujące krytykę na sprawy błahe, mogące być natychmiastowo zasypywane. Podejrzewam, że w przypadku problemów sondażowych PIS po prostu wywali Macierewicza z rządu, i cała teoria Piątka (i jego podobnych) zawali się w jednym momencie. Trochę jak z tym waleniem metalowym prętem w klatkę z małpami. Wszystko pod kontrolą - przestanie się walić, małpy ucichną. W końcu Prezes strategiem politycznym jest wybitnym, co chyba muszą przyznać nawet jego zajadli wrogowie.

Alfonse D'Amato

Kolejny rozdział zaczyna się od następnego diagramu. tym razem światowego. Jego osią ma być amerykański senator. Fakt - postać barwna i związana z naszym krajem. Ale także z dziwnymi organizacjami i jeszcze bardziej dziwnymi działaniami. Nie siedzi jednak w amerykańskim więzieniu - jest cenionym komentatorem zaangażowanym głównie w biznesy zbrojeniowe. I na tym polu Piątek znajduje powiązania z MON: a to sprawa Caracali, a to doradztwo Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Jest jeszcze dwudziestolatek: Edmund Janniger, który po krytyce angażu przez Macierewicza wyjechał (w zasadzie to wrócił) do Stanów i jest przedstawiany na jednej ze stron internetowych Friends of Poland. Strony, która staje się dla Piątka koronnym dowodem na współpracę Macierewicza z amerykańskim senatorem. Otóż ktoś na tej stronie umieścił nazwisko polskiego ministra jako prezesa tej organizacji, która jak się okazuje organizacją nie jest, a i sama strona zniknęła z sieci - można na niej tylko przeczytać dementi TUTAJ.
Długo się zastanawiałem po co Piątek wkłada ten wątek do książki, bo nie dowodzi on zupełnie niczego. Czy tylko dla zwiększenia jej objętości? Fakt, można sobie poczytać ciekawostki o Alfonse, ale w czasach internetu nie trzeba sięgać po książkę. W odniesieniu do Macierewicza po raz kolejny pasuje powiedzenie: "kulą w płot". Raz, że kontakty z amerykańskim senatorem nie są w żadnym stopniu kompromitujące (a jeżeli są to całkiem spora grupa amerykańskich polityków ma przechlapane), dwa że nie wykraczały one poza kurtuazyjne rozmowy podczas oficjalnych wizyt - czyli standardowej pracy na stanowisku ministra obrony narodowej.
A może docelowo książka ma trafić na rynek amerykański i tam wywołać wielką aferę zmiatając byłego senatora z polityczno-biznesowej mapy Waszyngtonu. Obawiam się, że w USA to Piątek dostałby taki pozew za swoje sugestie, że faktycznie by się nie pozbierał.

Rozdział amerykański

Jest jedna zaleta rozdziału o powiązaniach amerykańskiego senatora. Otóż praktycznie abstrahuje on od sympatii politycznych. No może trochę nakierunkowuje je na sympatie z Donaldem Trumpem, ale Piątek przyznaje że D'Amato pomagał również demokratom. O ile na wcześniejszych kartach "arcydzieła" Piątka można kierować się krajowymi emocjami politycznymi (jak wiadomo mocno nabrzmiałymi), o tyle w tym miejscu warto skupić się na typowym toku rozumowania i wnioskowaniu Dziennikarza.
Kwintesencją powinien być fragment o niejakim Thomas Renyi - bardzo złym człowieku powiązanym z aferami senatora. Otóż Piątek wysnuwa nawet sugestię o powiązaniach z Bogatinem - tym od przekrętu w Lublinie za czasów Balcerowicza. Na jakiej podstawie? Otóż obaj panowie byli zaangażowani w wojnę wietnamską (nic to że po przeciwnych stronach barykady) oraz są związani z bankowością. Widzicie Państwo już absurd rozumowania Piątka?
Wyobraźmy sobie, że przysłowiowy Kowalski zaczyna robić karierę w Polsce i pojawiają się oskarżenia o powiązaniach z niemieckim faszyzmem. Na jakiej podstawie? Otóż dziadek Kowalskiego brał udział w walkach z hitlerowcem, a w dodatku przed wojną malował obrazy. Powiązania z wodzem III Rzeszy są oczywiste - a wszystko oparte na faktach, których podważyć nie sposób.
Pomyśli ktoś, ze to tylko takie wtrącenie Piątka w środku rozdziału. Ze zdumieniem jednak przeczytałem w podsumowaniu rozdziału (na niecałą jedną stronę, co dobitnie pokazuje plon śledztwa Pana Piątka) także akapit i tej wojnie wietnamskiej.
Mógłbym w tym momencie napisać, że to tylko wierzchołek góry lodowej absurdalności rozumowania. Ale gdyby tak napisał zastosowałbym kolejny zabieg stosowany nagminnie przez dziennikarza. Otóż rzuca on jakieś słabe powiązanie, ale szybko zarzeka się że to tylko jeden z wielu śladów. Po czym przystępuje do szukania kolejnych, równie miałkich. Czytelnik ma odnieść wrażenie, że tych dowodów na wzajemne powiązania jest szalenie dużo. Nawet jak ktoś się nie zorientuje w trakcie lektury, że tak naprawdę ich nie ma - to i tak wszystko wychodzi na wierzch w podsumowaniach rozdziałów, nieopacznie robionych przez Pana Piątka.
I ten tok rozumowania jest powodem, że książka, a także "wyborcze" artykuły, Pana Piątka nie wzbudziły żadnej sensacji. A książką nawet przez kilka dni nie była przedmiotem politycznej dyskusji. Fakt, że życie polityczne w Polsce przybrało ciekawy obrót. Ale i tak myślę, że Piątek liczył na większe zainteresowanie swoimi rewelacjami. Trudno jednak dyskutować z człowiekiem prowadzącym taki tok rozumowania.
Męcząc ten rozdział zabawiałem się snuciem wizji co takiego znalazłby Piątek, gdybym został ministrem obrony narodowej, czy wyciągnąłby moją ŚP. Babcię, która z zespołem ludowym koncertowała po Związku Radzieckim, czy może mój epizod z zarządem spółki zlokalizowanej tuż koło warszawskiej ambasady Federacji Rosyjskiej? A może tą znajomość z gościem, którego Fidel Castro częstował cygarami? Dobrze, że nie zanosi się na moją karierę polityczną ...

Diagram bez Antoniego

Kolejny rozdział sądząc z nazwy ma dotyczyć wpływów rosyjskiego wywiadu w Polsce. "Wielkie mi odkrycie" - powie w tym momencie każdy sympatyk polskiej prawicy. Za podobne sugestie odsądzany od czci i wiary (Oszołom!!!) przez wiele lat przez środowisko polityczne, z którym najwyraźniej sympatyzuje Pan Piątek.
Diagram, który jest na początku tego rozdziału wzbudził moje szczególne zainteresowanie. Przyznam się, ze wpatrywałem się dłużej niż przez całą lekturę tego kolejnego fatalnie napisanego rozdziału. Otóż na diagramie tym nie ma nie tylko tytułowego bohatera książki, ale nikogo z jego otoczenia, a nawet partii. Nie ma nawet Misiewicza!!! Nie po to wydałem prawie cztery dychy, żeby czytać o czymś innym niż o tajemnicach MACIEREWICZA, Panie Piątek. Macierewicza! A nie rewelacjach o GRU.

Sołncewo

O ile poprzedni rozdział mógł zachwiać sceną polityczną w Waszyngtonie, o tyle ten rosyjski mógł wzbudzić niezły polew na Kremlu, gdyby niechcący pisanina Piątka tam dotarła. Bierze on bowiem na warsztat tematykę mafii rosyjskiej. Oczywiście próbuje maksymalnie zdyskredytować Siemiona Mogilewicza, który jakoby miał powiązania z tytułowym bohaterem książki. Że Mogilewicz (nie mylić z naszym Mogielem) to niezłe ziółko - wie pewnie każdy w Moskwie. Ale dla Piątka to za mało - chce jeszcze powiązać go z Putinem. Cel jest prosty - wysnuć tezę że Antoni to ruski agent w rządzie PiS. Problem w tym, że nie wszystkie fakty pasują do układanki byłego dziennikarza Gazety Wyborczej. Na przykład Putin wsadził do pierdla Pana Siemiona. No i jak tu uzasadnić ścisłą współpracę - jak gościa wsadził do mamra. Piątek wysnuwa tezę, że to tylko taki mały klaps. 18 miesięcy w mamrze to taki klaps od kumpla. To tak jakby ktoś napisał książkę na Słowacji, że Piotrek Staruchowicz (Staruch) to człowiek Donalda Tuska, a jego incydent z aresztowaniem to taki mały klaps od Prezydenta Europy.



Siemion Mogilewicz

Nie mogło zabraknąć dłuższego fragmentu o najbliższym rosyjskim "współpracowniku" Antoniego. Piątek rozkłada na czynniki pierwsze przestępczą karierę Siemiona. Kolejne dziesięć stron książki doklepane. A że niewiele mniej można znaleźć za pomocą najpopularniejszej przeglądarki internetowej ... Chwała Piątkowi, że zebrał w jednym miejscu te wszystkie informacje i można przeczytać kompleksową biografie tego gangstera. Nie o nim co prawda miała być ta książką, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.



Nie godzien czyścić butów

Rozdział "rosyjski" jest chyba najtrudniejszy do przebrnięcia, szczególnie gdy ktoś sięgnął po pozycję pana Piątka z nadzieją na rewelację o polskim ministrze MON. Ale na stronie 148 jest prawdziwa perełka, która wynagradza czytelnikowi trud. Otóż śledząc powiązania ruskiej mafii z polską, Piątek dochodzi do artykułu "Pruszków pod Moskwą" współautorstwa UWAGA: Wojciecha Sumlińskiego. O ile książki Piątka raczej nikomu nie polecę, to zachęcam do takiego małego ćwiczenia: przeczytać artykuł z 2003 roku z Wprost i fragment (są darmowo publikowane w Wyborczej) wypocin Pana Piątka. Sformułowanie, że ktoś komuś nie godzien jest czyścić butów, tym razem w zakresie dziennikarstwa śledczego, pasuje jak ulał.
Co ciekawe w swoich wypocinach Piątek oddaje cześć Sumlińskiemu twierdząc, że wówczas jeszcze był dobrym dziennikarzem, potem dopiero się skiepścił tworząc absurdalne teorie na potrzeby PiS. Jeżeli warsztat Sumlińskiego (pomijam tutaj jego zamiłowanie do korzystania z dokonań innych pisarzy) oparty jest na teoriach wyssanych z palca, to polski język nie znajdzie już określeń do krytyki logiki Piątka zawartej w omawianej książce.
W każdym razie cały rosyjski rozdział Piątka z 2017 roku jest mocno nieświeży. Sumliński z koleżanki pisał o tym już w 2003 roku. Wtedy jakoś Gazeta Wyborcza nie pasjonowała się takimi faktami.



Ruska mafia

Piątek usilnie dowodzi, że białe jest białe, czyli że Sołncewo to organizacja przestępca. Naznajdywał oczywiście na potwierdzenie tej oczywistej tezy wiele artykułów i przykładów, jak chociażby afera rosyjskiego ministra sprawiedliwości po publikacji kompromitujących zdjęć z prostytutkami. Nie brakuje też nawiązań do Donalda Trumpa, które zwycięstwo wyborcze chyba jeszcze bardziej zdołowało środowisko polskiej opozycji, niż przejęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Na ten przykład Piątek powtarza plotkę, ze Trump podczas pobytu w Moskwie zabawiał się z prostytutkami (też mi plotka), a nawet kazał im oddawać mocz na których kiedyś spali państwo Obamowie. Są podobno na to taśmy, ale ruscy nie ujawniają, bo chcą mieć haka na najważniejszą osobę na globie.



Grupa Radius

Wracamy w końcu na polskie podwórko. Ale Piątkowi jakby brakło odwagi i kolejnym bohaterom skraca nazwisko: ojciec i syn Robert Sz. W sekundę można oczywiście poznać prawdziwe personalia, bo panowie są związani z legalnie działającą w Polsce firmą, operującą na rynku nieruchomości. Powszechne zainteresowanie wzbudziła ona kupując siedzibę SLD przy Rozbrat, a ostatnio w związku z afera reprywatyzacyjną w Warszawie i śledztwem ugrupowania Miasto jest Nasze (bynajmniej nie PiSowskie). Nie zamierzam bronić rodziny Szustkowskich. Co więcej jestem pewien, że tak jak większość biznesmenów 3 RP ich interesy były mocno szemrane, ale to co znalazł na nich Piątek budzi gromki śmiech. Pomijam kolejne rozkminki z KRS i Naszego Państwa kto jest czyim właścicielem, bo w czasach rajów podatkowych określanie mianem rewelacji wyszukanych powiązań kapitałowych jest dziecinadą.
Głównym dowodem na niegodziwość właścicieli Radiusa jest dwóch anonimowych byłych pracowników. Szczerze pisząc to o moich byłych pracodawców, szczególnie tych którzy mnie wyrzucili z pracy, mógłbym napisać większy elaborat niż ten artykuł (bo recenzją tego nie odważę się nazwać). Wracając do meritum: jedna pani otwarcie wskazuje na powiązania Sz. z ruską mafią, a drugi pan zarzuca mu że słabo grał w piłkę ręczną (jeździł wówczas na mecze do ZSRR - to kluczowe), bo był bramkarzem, i to rezerwowym - nawet na piłce ręcznej Piątek się nie nazwa, w piłce ręcznej bramkarz rezerwowy nie rzadko staje się większym bohaterem niż ten podstawowy.
Ojciec Sz. (bo z Radiusem bardziej jest związany syn o tych samych inicjałach) według anonimowego informatora rozkręcił swój biznes handlując w latach 80-tych szmuglując komputery do Państwa Michaiła Gorbaczowa. Podobnie robili ludzie związani z ruską mafią - więc znając już logikę rozumowania Piątka - wszystko jasne.



Jacek Kotas

Mogę zrozumieć "wkurw" czytelnika, który zdecydował się na lekturę Piątka z uwagi na postać tytułową książki, bo o samym Macierewiczu nie było już chyba z 40 stron. Dzięki jednak tej anonimowej byłej pracowniczce Radius jest nowy ślad. Z grupą Radius, a tym samym (rozumowanie a'la Piątek) z ruską mafią związany był bowiem były wiceminister MON (z okresu rządów PiSu 2005-2007). Sam oczerniany co prawda zaprzecza (TUTAJ), no ale chyba świadectwo anonimowej baby, które skrupulatnie spisał nasz dzielny dziennikarz śledczy jest wystarczającym dowodem.
Jak można podsumować grillowany kilkanaście stron wątek Kotasa? Radius miał powiązania z ruskimi gangsterami - patrz wyżej. Kotas miał powiązania z Grupą Radius - anonim miał rację, faktycznie przewija się jako prezes jakieś spółki z grupy. Kotas jako wiceminister nadzorowany 10 lata (!!!) temu przez Macierewicza dostał dostęp do tajnych dokumentów (procedura wymagała w takim przypadku szczegółowego sprawdzenia takiego osobnika). Wniosek? Macierewicz to ruski agent!
Nie dziwi mnie, że wątek Kotasa Piątek zostawił sobie na koniec, może liczył że tak daleko mało kto z czytelników dotrze. Grupa Radius bowiem legalnie działa i może się bronić, co też robi wytaczając Śpiewakowi (Miasto jest Nasze) proces. Również Kotas jak widać w powyższym artykule nie pozostawia zarzutów bez odpowiedzi. Generalnie słowo za słowo.



Błędy

Dawno nie widziałem czegoś takiego jak errata we współczesnej książce (ale pamiętam, że kiedyś to było na porządku dziennym). Dotyczy ona jednak błędu z pierwszego rozdziału. A jest ich więcej. Większość drobnych: literówka, źle postawiony przecinek, nie domknięty nawias. Ale są też takie grube jak na stronie 147, gdy Piątek powołuje się na artykuł z grudnia ... 2017 roku. W czynie społecznym mógłbym Panu Piątkowi przesłać listę błędów, bo zaczynam podejrzewać że jestem jednym z niewielu którym udało się przebrnąć przez całość. Oczywiście nie mogę tego uczynić, bo to byłby jawny dowód na moją wieloletnią współpracę w Panem Piątkiem i ... cały czas podążamy tokiem rozumowania naszego Dziennikarza Śledczego ... związki ze środowiskiem Gazety Wyborczej.
Oczywiści literówki i takie drobne błędy przy tak długiej pisanie są zrozumiałe i pewnie każdy w tej pisaninie znajdzie ich multum. Ale jak się pisze książkę, która ma być wydana, to powinna zostać ona uważnie przeczytana i poprawiona pod względem literówek. Piątka pozycja takiej pracy się nie doczekała, z zapewne (uwaga, bo popadam w tok rozumowania Dziennikarza) prostego powodu: nie idzie przebrnąć przez taką grafomanię.



Spiskowa teoria dziejów

Przy okazji "pisaniny" Pana Piątka warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden paradoks. Otóż to obóz prawicy często oskarżano o szukanie powiązań, rodzinne konotacje ("Resortowe dzieci"), nadmierną podejrzliwość, roztrząsaniu mało istotnych faktów z przeszłości (Wybierzmy przyszłość grzmiał najpierw Mazowiecki, a potem w kampanii wyborczej Olek Kwaśniewski). To co robi Piątek w swoje książce o Macierewiczu to ta sama metoda, tyle że zwielokrotniona dziesięć razy. Wystarczy wspólna obecność na pogrzebie żeby zostać oskarżonym o zażyłą przyjaźń. Wspólne zasiadanie w Radzie Nadzorczej to już wieloletnia współpraca. Działalność w tej samej branży, co ruska mafia to ewidentny dowód na wroga działalność. Nawet bliskie sąsiedztwo jest podejrzane. Czujecie taką paranoję. Oczywiście nie obca była, i wciąż jest, wielu osobom związanym z prawicą (chociaż bardziej tą radykalną niż PiSem). Ale jak się tyle razy broniło Michnika, który jest Bogu ducha winny, że jego przyrodni brat to esbecki kat - to warto byłoby trzymać fason również w opozycji. I nie piję tutaj do Piątka (który raczej jest pionkiem w tej układance), ale do tych którzy go promują. A najbardziej promuje go nie kto inny, tylko Gazeta Wyborcza.



Sukces

Nie można Piątkowi odmówić jednego. Bo trzeba przyznać że trafił w odpowiedni moment. Książka sprzedaje się na pniu - o ile te 100 tys. to naprawdę taki sukces w kontekście jednak sporej części antypisowskiej w polskim społeczeństwie. A lemingi chyba stać na zakup niedrogiej książki. Czy ich stać na przeczytanie to już wątpię. A na przeczytanie ze zrozumieniem - sądząc po wielu wpisach w internecie, z pewnością nie. W sumie nawet jakby ktoś napisał, że Macierewicz był powiązany w zamach World Trade Center (a idąc tokiem rozumowania Piątka w ewidentny sposób ... był) to spragnieni nadziei na zmianę władzy zwolennicy opozycji lokalnej łyknęli by to bez wahania.
W każdym razie Piątek, którego dotychczas największa pasją życiową było ćpanie (taka prawda, sam to przyznaje, nie piszę tego w kontekście zarzutu, chociaż może to tłumaczyć pewnie maniery w toku rozumowania), zapewne zrobi interes życia. Co prawda na razie twierdzi, że nie zarobił ani złotówki, a całość wyda na dodruk, ale czy po lekturze tej grafomanii można w wierzyć w jakiekolwiek jego słowo?



Macierewicz a Komorowski

Przedstawiciel Ministerstwa Obrony Narodowej zapowiedział wniosek do prokuratury w związku z publikacją książki Piątka. To wciąż przypomina, jak w podobnej sytuacji zachował się Prezydent Komorowski. Może pojawienie się książki Piątka to dobry pretekst do powrotu tematu Fundacji Pro Civili? Społeczeństwo jak widać po zainteresowaniu komisjami Amber Gold i reprywatyzacyjną pragnie ukarania tej całej korupcjogennej trzeciej erpe.
Piątek co prawda narzeka, że Macierewicz nie wytoczył mu procesu cywilnego. Tyle że po lekturze książki nie może to dziwić. Jak tutaj roztrząsać przed sądem na ile poważne są powiązania członka Rady Nadzorczej i Prezesa Zarządu nie prowadzącej działalności operacyjnej fundacji? Książka "Macierewicz i jego tajemnice" to zbiór insynuacji i pomyj, i tylko pod takim względem można stawiać zarzuty jej autorowi.



Fakty

Piątek płacze co prawda na łamach Sami wiecie Jakiej Gazety, że obawia się o życie. I że w książce przedstawił same fakty. A i owszem. Przedstawił fakty: wybiórcze (konotacja słowa przypadkowa), błędnie zestawione, a najczęściej powszechnie znane. Podsumowałbym to starym sowieckim określeniem po porażce radzieckiego sportowca w rywalizacji z przedstawicielem narodu amerykańskiego: "Radziecki zawodnik po wspaniałej walce zajął zaszczytne drugie miejsce, Amerykanin był przedostatni". Same fakty.



2050 rok

Nie jest łatwo komentować współczesną politykę i wszelkie publikacje, filmy, spektakle z nią związane. Dualizm polityczny i ślepe zaangażowanie dwóch wrogich obozów nie pozwala na obiektywizm. Nie udzielam się zbytnio w mediach społecznościowych, ale w przeciągu tygodnia zostałem nazwany przez emocjonalnych dyskutantów "zwolennikiem opozycji" i "wyznawcą Jarka". Dlatego też w przypadku tak mocno upolitycznionych tematów staram się postawić w sytuacji czytelnika/widza oderwanej od tej rzeczywistości, np. z przyszłości, co całkiem fajnie zagrało w recenzji filmu Smoleńsk (TUTAJ).
Podobne ćwiczenie powinno się zrobić w przypadku książki Piątka. Wniosek byłby taki, że główną tezą jaką ujawnia dziennikarz jest totalna krytyka systemu, który w Polsce panował, z niewielkimi przerwami, w latach 1989-2015. To co dla wielu obserwatorów życia gospodarczego, społecznego i politycznego w Polsce było oczywistością, dla czytelników Gazety Wyborczej przez lata było nieuzasadnioną krytyką owoców polskiej bezkrwawej rewolucji. Dzięki książce byłego dziennikarza GW mają okazję poznać wierzchołek góry lodowej - Polski korupcjogennej, ogarniętej złodziejską prywatyzacją, opartej na układach i kontaktach ze służbami komunistycznymi, a może nawet z mafijnymi i rosyjskimi służbami.
Jest taki moment w życiu każdego rozsądnego człowieka, gdy zdaje sobie sprawę ze był przez lata oszukiwany i prawda jest odmienna od rzeczywistości przedstawianej przez kluczowe od 1989 roku media i wątpliwej klasy autorytety. Nie wiem, czy ktoś, kto tyle lat wierzył we wspaniałość 3RP po lekturze Piątka przejrzy na oczy. Jeśli znajdzie się chociaż jeden, to może trzeba oddać cześć Dziennikarzowi, nawet jeżeli pisząc taką książkę miał zupełnie inny cel.



EMPIK

Żeby dochować wszelkiej staranności udałem się na spotkanie z Panem Piątkiem w warszawskim Empiku. Dużo rzeczy w życiu przetrzymałem, chciałem przynajmniej dociągnąć do pytań publiczności, ale przyznaję się - nie zdzierżyłem.
Frekwencja przyzwoita, z rozmów kuluarowych oczywiście szybko można odczytać poglądy widowni. Prowadzący oczywiście rozpoczął od bieżących spraw - czyli kolejnego zamachu PiS na demokrację. Próbowałem, żeby przetrwać wczuć się w poglądy totalnej opozycji, ale słowotok Piątka zmasakrowałby mnie nawet jakby opowiadał o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy. Nie dało się tego słuchać, szczególnie po lekturze książki - bo to powtarzanie tych samych toków rozumowania.
Tak przez około 95% czasu Piątek opowiada o wszystkich: Luśni, Bogatynie, Nawrockim, Mogilewiczu - tylko nie o Macierewiczu. Bo dla Piątka i publiki to jest najmniej ważne - to że Minister jest z nimi powiązany to oczywista oczywistość.
Oczywiście Piątek próbuje się kreować na męczennika,  który już został bezpodstawnie oskarżony przez organ nasłany na niego przez samego Antoniego. Dziwnym trafem w tej pozbawionej demokracji Polsce, Piątek nie musi spotykać się z czytelnikami gdzieś w konspiracji, a w największej księgarni w Polsce przy ulicy Marszałkowskiej. Nawet pies policjant ze złamaną nogą się nie zainteresował tym wydarzeniem. A z grona ewentualnych adwersarzy byłem ja, ale nie doczekałem się ewentualnej możliwości zadawania pytań (a na tym najczęściej polegają takie spotkania).
Piątek też mówi o swoim uzależnieniu i mam jednak wrażenie, że biedak jest zwyczajnie chorym psychicznie człowiekiem. Nie chcę tutaj czepiać się jego nałogów, ale niestety używki działają na mózg i ta przeszłość Piątka tłumaczyć może niektóre jego "pomysły". No chyba że robi to w sposób wyrafinowany i tylko dla kasy - wówczas chapeau bas. Ale oszukiwać tak bardzo Polaków spragnionych powrotu demokracji ...



Podsumowanie

Była to zapewne najgorsza książka, którą w życiu przeczytałem, zarówno pod względem merytorycznym, jak i literackim. Ale sam sobie jestem winny, mogłem odpuścić po pierwszym rozdziale. Nie sposób jednak nie dojść do konkluzji, że jest ona pożyteczna dla wszystkich.
1. Piątek
Gość zarobił kasę, jest medialny, popularny, może zostanie męczennikiem, jak się weźmie za niego prokuratura (wątpię, bo trudno nawet dyskutować z takim tokiem rozumowania). Trafił w odpowiedni temat, i w odpowiedni czas. Czy według zasady "głupi ma szczęście", czy jednak pod pozorem człowieka pozbawionego umiejętności logicznego myślenia, nie kryje się cynik wykorzystujący sytuację polityczną? Wątpię, ale może. W każdym razie gość zarobił kasę, jest popularny i jeszcze nie siedzi (a nawet nie ma żadnego procesu cywilnego o zniesławienie). Na razie jak to mówią w środowisku kibolskim: "akcja na plus".
2. Totalna opozycja
Czyli czytelnicy Piątka. Ludzie którzy nienawidzą PIS, a Macierewicza w szczególności. Dla nich ta książka to jak oaza na pustyni. W państwie zdominowanym przez prawicową (?) ideologię, z fatalnymi sondażami (totalną opozycję popiera góra 5% wyborców w przedziale wiekowym 18-24) takie oskarżenia dają nadzieję. Że absurdalne? Nienawiść tak zaślepia tych ludzi, że nie zauważą luk w rozumowaniu Piątka.
3. Prawo i Sprawiedliwość
Tak, tak, to nie żart. Najwięcej korzyści z wniosków Piątka, jakkolwiek by to było absurdalne, powinna mieć właśnie ta partia. Przecież szukając haków na Macierewicza Piątek odkrył prawdziwy obraz 3RP. Ten krytykowany przez lata, ten sam który spowodował, że w końcu PiS do władzy doszedł. Szemrane interesy, przewały finansowe, brak lustracji, eSBeckie kłamstwa - czerwona pajęczyna.
4. Macierewicz
Dwóch dziennikarzy napisało kilka lat temu książkę (znakomitą pod względem literackim, w przeciwieństwie do Piątka) o Tadeuszu Rydzyku. Chcieli znaleźć haki na Ojca Dyrektora i zlustrowali całe jego życie. Jedynym poważnym zastrzeżeniem było pochodzenie z nieprawego łoża. Tak książka praktycznie oczyściła Rydzyka ze wszelkich zarzutów, które mu przez lata stawiali jego oponenci. 
Podobnie będzie z Ministrem Macierewiczem. Jeżeli Piątek tak intensywnie szukał, i znalazł tylko to co jest w jego książce, to Macierewicz jest czysty. Krystalicznie czysty.
Po lekturze Sumlińskiego stwierdziłem, że nawet jeśli tylko 10% podanych faktów jest prawdziwa to dyskredytuje Prezydenta. Przy Piątku nawet jak 100% jest prawdy to i tak tok rozumowania jest tak miałki, że nic na Macierewicza nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz